iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Jak biedronka, czyli o opalaniu

Dzisiaj nadaję znad morza. Wiosenny wyjazd nad Bałtyk przynajmniej na kilka dni w roku to dla mnie święty obowiązkowy rytuał. Nasze morze ma niepowtarzalny urok i klimat, którego nie znajdzie się w Turcji, Egipcie czy Grecji. Pozwala mi się wyciszyć, zrelaksować i uspokoić w czasie gdy do dłuższego urlopu jeszcze daleko a o zimowym białym szaleństwie już dawno zapomniałam. Szczególnie, że teraz nie ma nad morzem jeszcze tłumów ludzi, a na plaży nie trzeba tonąć w puszkach i dymie papierosowym.

Może się zdziwicie ale pogoda jest całkiem niezła. Właściwie nawet troszkę nie doceniłam słońca. Kremem na opalanie posmarowałam tylko pieprzyki i inne przebarwienia – zaniedbanie tej czynności grozi niebezpiecznymi zmianami prowadzącymi do bardzo groźnego nowotworu – czerniaka. Słoneczko okazało się jednak na tyle mocne, że po 3 godzinach leżenia na plaży jestem...cała w plamki. Nikt nie potrafi się tak bez sensu opalić jak ja :) Słońce bardzo szybko mnie chwyciło a organiczny krem na opalanie z filtrem 50 skutecznie zatrzymał opalanie w kilkunastu miejscach. Wyglądam jak biedronka, ale przy okazji na własne oczy przekonałam się o niezwykłej skuteczności kremów z filtrem UV.

Do powierzchni Ziemi dociera promieniowanie UVA i UVB (UVC zatrzymuje warstwa ozonowa). Pierwsze z nich nie powoduje poparzeń ale głęboko penetruje skórę i może być przyczyną nowotworów. Drugie z nich są powodem typowych nieprzyjemności związanych z opalaniem  - pieczenia, zaczerwienienia itp. 

Filtry ochronne dzielimy generalnie na mineralne i chemiczne.

Mineralne
– działają na zasadzie lustra – odbijają promienie UV. Są produkowane na bazie dwutlenku tytanu (Titandioxid) lub tlenku cynku (Zinc oxicde) . Obie substancje są skrajnie odporne na wysokie temperatury, nie reagują z niczym, nie rozpuszczają się w wodzie (nie trzeba się więc smarować ponownie po wyjściu z morza czy basenu). Są nietoksyczne. Można się opalać od razu po ich nałożeniu i wystarczy jedno smarowanie aby uzyskać długotrwały efekt. Mają też wady. Przede wszystkim są droższe od chemicznych. Nie chronią przed całym spektrum promieniowania UVA. W związku z faktem, że są na bazie minerałów – mają dość gęstą, nieraz nieprzyjemną konsystencję i trudniej się rozsmarowują. Tlenek cynku może wysuszać skórę, a tlenek tytanu zostawiać białe ślady.

Chemiczne
pochłaniają promienie UV ( zarówno A jak i B ) i zamieniają je w ciepło. Po ich zastosowaniu warto odczekać jakiś czas zanim zacznie się opalać. Pod wpływem promieni słonecznych ulegają rozkładowi – należy więc smarować się powtórnie po 2-3 godzinach, a także po wyjściu z wody. Większość bowiem z nich rozpuszcza się w wodzie. Mają one za to przyjemniejszą konsystencję i są tańsze.

Za najskuteczniejsze kremy do opalania uważane są takie, które łączą pozytywne właściwości jednych i drugich rodzajów filtrów.

Faktor filtra oznacza czas jaki można spędzić po użyciu danego kremu zanim pojawi się zaczerwienienie skóry. Jeśli bez filtra pojawiłoby się ono po 10 min, to po użyciu filtra z faktorem 10 pojawi się po 100 min (10x10).  W związku z faktem, że producenci oznaczali stopień ochrony na różne sposoby – w przyszłości ma zostać wprowadzona unijna dyrektywa regulująca sposób opisywania mocy filtra. Będą to oznaczenia słowne: bardzo wysoki poziom ochrony (SPF 50+), wysoki poziom ochrony (SPF 40), średni (SPF 20) lub niski (SPF 10). Już teraz można je spotkać na niektórych kremach.

I jeszcze na koniec, dla osób nie wierzących, że Bałtyk może być piękny – fotka z mojej wycieczki:



PS. Niniejszy wpis był możliwy dzięki mojemu facetowi-gadżeciarzowi, który nigdzie nie rozstaje się ze swoją ulubioną zabawką – netbookiem z mobilnym internetem. Jednak faceci na coś się czasem przydają :)

Komentarzy: 1
Jesteśmy z tej samej gliny

Dzisiaj kontynuujemy tematykę kosmetologii naturalnej. Argilloterapia to metoda, która do celów pielęgnacyjnych i leczniczych wykorzystuje glinkę. Glinka to dar natury, to kopalina pochodzenia wulkanicznego wydobywana z ziemi z głębokości ponad 70 metrów. Właśnie jej pochodzenie determinuje jej właściwości. Najlepszej jakości są glinki nie poddawane żadnym procesom chemicznym, ale suszone naturalnie na słońcu a następnie rozdrabniane. O jej wspaniałych właściwościach wiedzieli już starożytni, o czym wzmianki znajdujemy nawet w Biblii. Egipcjanie używali ich do mumifikacji. W bardzo wielu krajach utrzymuje się zwyczaj spożywania glinki. Dlatego w niektórych rejonach świata bardzo częsty jest widok picia wody z rzeki lub innego zbiornika po jej uprzednim zmąceniu, po to aby czerpać wodę właśnie wraz z cząsteczkami glinki.

Cera a glinka:
cera trądzikowa (tłusta) – zielona, biała, żółta
cera sucha – biała
cera wrażliwa – biała, różowa
cera dojrzała – czerwona
cera naczynkowa – czerwona, biała, różowa

W czym tkwi jej siła? Po pierwsze w jej całkowitej naturalności, a przede wszystkim w bogactwie składników mineralnych dobroczynnie działających na skórę i organizm człowieka. Do najważniejszych należą : cynk, krzem, fosfor, żelazo, azot, wapń, magnez, potas, aluminium, miedź, selen. Glinka ma silne właściwości absorbujące. Jej cząsteczki mają ładunek ujemny i dzięki temu przyciągają cząstki mające ładunek dodatni, a do tych należą wszelkie zanieczyszczenia, nadmiar sebum oraz większość substancji toksycznych. Poza tym zwęża i oczyszcza pory, działa gojąco, łagodząco i matująco.

W zależności od składu wyróżniamy glinkę: zieloną, czerwoną, żółtą i białą. Glinka zielona polecana jest głównie do pielęgnacji cery trądzikowej, nadmiernie przetłuszczającej się i mieszanej. Z kolei glinka biała ze względu na swoją delikatność i właściwości zabliźniające polecana jest do cer delikatnych, wrażliwych, suchych i dojrzałych. Jest także stosowana w pudrach do pielęgnacji dzieci i niemowląt. Glinki czerwona i żółta mają podobne właściwości do zielonej, choć są pod tym względem słabsze, dlatego nadają się do cer mieszanych z tendencją do przesuszania. Połączenie glinek czerwonej i białej daje glinkę różową, nadającą się do pielęgnacji cery mieszanej, suchej a także z problemami naczyniowymi. Maseczki z glinki dodają skórze witalności, usuwają martwe komórki warstwy rogowej, działają przeciwbakteryjnie, przeciwzapalnie, ograniczają pękanie naczyń krwionośnych, a także wygładzają i ujędrniają skórę. Zazwyczaj nie uczulają i nie podrażniają skóry.

Glinka stosowana jest nie tylko na skórę twarzy. Jak wspomniałam - można ja pić, robić okłady na całe ciało i brać kąpiele, myć nią zęby (usuwa kamień, zapobiega krwawieniu dziąseł, ma właściwości wybielające), myć włosy (działa przeciwłupieżowo, zmniejsza wypadanie).

Sposób przygotowania maseczki na bazie glinki jest wręcz banalny.
Jeśli skóra jest sucha, zmęczona dobrze jest do sproszkowanej glinki dodać dwie łyżeczki oliwy z oliwek lub pół żółtka. Natomiast jeśli walczymy z wypryskami (trądzikiem) do sproszkowanej glinki (10 g) dodajemy dwie łyżeczki przegotowanej wody lub wody mineralnej niegazowanej. Po zmieszaniu uzyskujemy papkę, która nakładamy na twarz. Ważne jest aby papki nie mieszać łyżeczką metalową, lecz drewnianą np. szpatułką. Nie należy dopuszczać do zaschnięcia maseczki na twarzy, bowiem wówczas może być ona zaczerwieniona.Jeśli ktoś ma pojedyncze zmiany skórne (pryszcze) dobrze jest stosować glinkę miejscowo, pozostawiając ją na dłuższy czas (np. na noc).

Komentarzy: 0
Ile chemii wcierasz w skórę?

Skóra jest nie tylko największym organem naszego ciała, ale również jedną z dróg eliminacji pozostałości procesu przemiany materii, a przede wszystkim jest naszą wizytówką. Zdrowa, zadbana, promienna świadczy o tym, że w naszym organizmie „dzieje się dobrze”. Jest oznaką witalności. Jest to też organ najbardziej wystawiony na światło dzienne, narażony na czynniki środowiskowe ale także chemiczne, które dostarczamy chociażby wklepując krem.

Dlatego też niektóre firmy kosmetyczne, zamiast ładować pieniądze w reklamę produktu (którego  skład może być skomponowany z niezbadanych, tanich surowców), zainwestowały w naturę. Eko-moda czyli kosmetyki organiczne nie są jeszcze w Polsce tak popularne jak na przykład w Europie czy Stanach Zjednoczonych, ale ten zdrowy trend wkracza powoli również do nas.

Dlaczego warto się nimi zainteresować? Otóż preparaty te:

  • zawierają naturalne czyste ekstrakty z roślin, które pochodzą z upraw ekologicznych, co oznacza że do ich hodowli nie mogą być używane pestycydy,
  • muszą zawierać określoną ilość naturalnych surowców mineralnych i roślinnych (jednostki certyfikujące  wymagają aby stanowiły one od 50 do 95 %),
  • są przyjazne środowisku naturalnemu, gdyż do ich produkcji stosowane są tylko metody ekologiczne,
  • nie zawierają w składzie parabenów, silikonu, składników olejów mineralnych (parafina) oraz fenoksyetanolu, które kumulują się w skórze,
  • nie zawierają surowców z roślin modyfikowanych genetycznie,
  • nie zawierają surowców z martwych zwierząt, ani nie są testowane na zwierzętach,
  • nie zawierają  syntetycznych barwników oraz środków zapachowych
  • zawierają tylko naturalne składniki konserwujące jak pochodna witaminy C (sorbinian potasu), kakao oraz wyciągi z pestek malin
  • nie powodują powstawania zaskórników,
  • są pod stałą kontrolą farmaceutyczną oraz dermatologiczną,
  • są pakowane w flakony ze szkła podlegającego przetworzeniu, nadruk wykonany jest z atramentu roślinnego, a pudełka wytworzone są z przetworzonych odpadów drzewnych;

Tajemnicą biokosmetyków, która umożliwia zachowanie najczystyszych właściwości roślin, jest sposób ekstrakcji czyli wydobycia składników aktywnych. Fachowo nazywa się to „ekstrakcja w warunkach nadkrytycznych z użyciem dwutlenku węgla”. A prościej mówiąc to nic innego jak „wyssanie”  (przy użyciu wspomnianego CO2 w niskiej temperaturze i pod wysokim ciśnieniem) naturalnych składników aktywnych z roślin. Niska temperatura chroni aktywne składniki, a rozpuszczalnik jest następnie odparowywany.  W wyniku tego otrzymujemy  naturalnie czyste, bez zawartości protein i śladów rozpuszczalnika, lepiej tolerowane przez skórę, wyciągi roślinne.

Żeby nie było „zbyt piękne” to po pierwsze: na pierwsze efekty używania tych specyfików trzeba poczekać, gdyż kosmetyki te nie zadziałają od razu ani na drugi dzień. Po drugie: nie są tanie, ale też nie są kosmicznie drogie. Po prostu trzeba być przygotowanym na wydanie większej sumy, a wynika to z faktu chociażby kosztownej eko-produkcji oraz kosztów ochrony środowiska. Po trzecie... różnie pachną (nieraz nawet troszkę śmierdzą), ale jest to odczucie chwilowe.

Myślę jednak że warto pozwolić sobie na te odrobinę naturlnego luksusu. Dla mnie już sama myśl ze nie wmasowuję w siebie czystej chemii jest ogromnym luksusem. Bo jesteśmy  tego warte drogie panie...

Składniki tradycyjnych kosmetyków:

Metyloparaben

Konserwant kosmetyków. W kontakcie z oczami powoduje zapalenie spojówek. Ma właściwości estrogenne – nie jest wskazany przy zaburzeniach hormonalnych. Może zaburzać spermatogenezę u mężczyzn. Należy do mutagenów, istnieją doniesienia o rakotwórczym wpływie parabenów, zwłaszcza w rozwoju raka sutka. Uszkadza nerki, śledzionę, wątrobę i grasicę.

Fenoksyetanol

Konserwant kosmetyków, nadaje im też działanie przeciwbakteryjne. Może podrażnić oczy. W przypadku skóry wrażliwej wywołuje świąd i stany zapalne. Przy częstym stosowaniu działa mutagennie, może powodować ciężkie uszkodzenia zarodka lub płodu. Przenika do mleka. W razie spożycia uszkadza nerki, serce, wątrobę i układ nerwowy.

Komentarzy: 8

KATEGORIE

O MNIE

Yasmine

Jestem farmaceutką z powołania. Podczas gdy inne dzieci po urodzeniu wołały "karmel!", ja krzyczałam "paracetaaaamol!".

Mój profil w iWoman.pl

NAJNOWSZE KOMENTARZE

NAJNOWSZE WPISY

ARCHIWUM